O okrutnej dobroci

O dobroci okrutnej, ciasnych narodzinach i pszenicy miłosierdzia

Jesteśmy czasem tak okrutni przez swą dobroć… Okrutni, bo wynika ona z służalczego poklepywania, uciszania przed burzą, marginalizowania prawdy. Okrutni, bo nie potrafimy odmówić komuś chodzenia na skróty czy beztroski manowców. Miłosierdziem nazywamy, w skrytości serca lub na transparentach chwały, zwykłą pobłażliwość lub duchową nonszalancję dla godności człowieka. A schowanym za szyldem takiej niegodziwej tolerancji, należałoby proponować raczej „tollerancję” (od łac. tollere – podnosić). Tolerancja natomiast pochodzi od tolerantia (cierpliwe znoszenie). Czasy zaczynają być miłosierne, jeżeli są ludzie, którzy cierpliwość odkrywają dla siebie jako sposób funkcjonowania, pośród zalewu głupizmów, natrętnego szarpania politycznych nerwów, skowytu reklam czy ujadania nieprzyjaciół. Zatem trzeba to odkryć, że szczere miłosierdzie może rodzić się nawet, a może szczególnie tam, gdzie już nie da się czegoś znieść. Ale cierpliwość to bierna strona miłosierdzia. Miłosierdzie natomiast aktywne, to stawianie sobie wymagań w przestrzeniach, gdzie obowiązuje beztroska zasada „uroczej fikcji” z ideałem niewiążącej obecności, gdzie więzi zastąpiono umową czy kontraktem. Rozmarzonym, uganiającym się za ulotnością i daremnością, należy aplikować porcje solidnej codzienności. Trwonienie – czasem wyrafinowane w sposobie – zwyczajnego, pospolitego, codziennego dobra, jest z gruntu bezlitosne. Przypomina terminowanie ucznia u handlarza nicością i zdradą. Utracony bowiem czas, to utracone istnienie, gdyż wpisani zostaliśmy w czas, by dostępować zbawienia. Wreszcie miłosierdzie zmierza w przepaść ludzkiej biedy, piszącej twardym i konsekwentnym grzechem, kolejne rozdziały historii. Aby tę historię ocalić, tzn. uczynić ją historią zbawienia, miłosierny musi się wydać jako ofiara, wydać siebie „na pastwę”, by zmiażdżony w paszczy okrutnej współczesności, wpisać w nią łaskę wsparcia. Człowiek może ocaleć, jeśli zostaje wsparty w odwadze nie tylko powrotu do Stwórcy, ale i w odwadze przyjęcia prawdy o swym zagubieniu.Człowiek rodzi się wiele razy w życiu. W swoich marzeniach, dążeniach, poczynaniach, dokonaniach rodzi siebie i rodzi innych, stwarzając środowisko narodzin. I tak z zażenowaniem stwierdzamy, że ulegając naszym gniewom, rodzimy się do nienawiści, czy hołdując głodom zawłaszczenia – rodzimy się w chciwości, czy do niepowstrzymanej zachłanności. Ale i roztaczając majestat miłosierdzia rodzimy się do zbawienia: Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią (Mt 5,7). Urodzić się można jedynie wtedy gdy umieramy dla „starego” świata i przechodzimy przez ciasną bramę. Warto oswoić się z tą ciasnotą narodzin, bo niejednokrotnie o ciasnocie słyszą ludzie o najhojniejszym sercu. Tak jest „specyfika” miłosierdzia. Wchodźcie przez ciasną bramę! (Mt 7,13), jeżeli cokolwiek chcecie pokochać i zrozumieć z chrześcijaństwa.Brama jest ciasna, gdyż demon chce przesiać jak pszenicę każdego jak Piotra (Łk 22,31), przez cienkie sita codzienności. Umiejętność dojrzewania do hojności miłosierdzia jest jak dojrzewanie łanów zboża. Pięknieją one w deszczu i słońcu, czekając na ostrza kos żniwnych i terkot młynków młockarskich, by w najpiękniejszym dla siebie czasie być zmiażdżonymi w młynach szaleństwa. Nie bądźmy jednak naiwni. Kto by zaszedł aż tak daleko i już zrozumiał, i dał wszystko, zostanie wyszydzony: Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko (Pnp 8,7). W ten sposób miłosierdzie zostaje doskonale oczyszczone.