Konsekracja w krainie wątpnienia (nadzieja)

 

Konsekracja w krainie zwątpienia

 

Żyjemy w określonym świecie, warunkach schyłkowych współczesnej cywilizacji. Imionami świata są: bezdomność, oddalenie od historii, wątpienie, rozpacz, trwoga, zamknięcie, śmierć, a może szerzej – bezowocność. Żyjemy w czasie jałowym. Jałowość to nie znaczy martwy, znaczy niezdolny do dawania życia. Najbardziej polemizuje to z konsekracją, z odwagą miłości, powołaniem do życia i przynoszeniem owocu. Prześledźmy zatem te smutne, a nawet dramatyczne oblicza współczesności, i zastanówmy się nad odpowiedzią ludzi konsekrowanych.

Egzystencjalne tło naszych rozważań

 

Bezdomność

Współczesny świat bardzo mocno lansuje ludzi ruchliwych, zdolnych do adaptacji. Mówi się o funkcjonowaniu w wielu odrębnych, niesprowadzalnych do siebie wymiarach, płaszczyznach, kontekstach, językach. Gubi się ten sposób poczucie przynależności do określonej kultury, społeczeństw, narodu. Nawet zrzuca się to jako ograniczenie. Skutkiem tego jest człowiek nieokreślony, bez wyrazu, nawet bez twarzy. Pojawia się pragnienie życia bez ograniczeń, bezbrzeżnego, by nie czuć się niczym związany. Ale takie życie jest życiem bez wzorców, ideałów, bez geometrii i miar. Życie pośród fragmentów prawd, okruchów historii, niezdolne już do wiązania i rozumienia niczego. Nie ma już prawdy, ale jest gra: gra wyobrażeń, gra słów, gra faktów, z których można układać dowolne znaczenia i sensy historii. Nazwałbym to współczesną bezdomnością. Religijnie, wyrażając to językiem antropologii teologicznej, można powiedzieć, że człowiek żyje, nie znając siebie, swego podobieństwa do Boga. Nie wie, do czego chce być podobny. Opuścił swój dom i przeszedł w skrajność: świat staje się domem i człowiek chce rozpoznawać się wszędzie, czuć się dobrze jako obywatel świata. Zdaje się, że taki chce być Paryż z pomysłem prezydenta Chirac’a, by zbudować obiekt dla wszystkich kultur, by każdy mógł się tam rozpoznać i czuć swojsko.Tych procesów dopełnia dramat emigracji, który powoduje przemieszczenia milionów ludzi do innych regionów Europy (tu szczególnie emigracja za pracą z Europy Centralnej, nasz polski problem – tylko w Anglii jest około 600 tysięcy Polaków).Bezdomność ma również wewnętrzny wymiar, w ludzki sercu. Jest wykorzenienie duchowe, pustka, jałowość.Tym, co najbardziej dokuczliwie się narzuca, to doświadczenie pustki. Najbardziej dokuczliwą jest pustka po Bogu, wznoszenie i budowanie współczesności bez Niego. Objawia się ona jako przestrzeń osamotnienia, powstającej wskutek usunięcia Boga, który może ograniczać przestrzeń wolności. Pustka przychodzi jako pustka po ludziach. Puste miejsca, nie obsadzona historia, przez tych, którym nie pozwolono zaistnieć, przeżyć, urodzić się. Nie można tej pustce odmówić najwyższej powagi. Jej imiona: puste łona, puste gniazda rodzinne, puste twarze…

Trwoga

Naszym czasom towarzyszy nawarstwienie nie tylko metafizycznego lęku, coraz bardziej gęstniejącego i rozległego. Trwoga pojawia się w doświadczeniu własnej znikomości, nie tylko w zderzeniu z żywiołami, ale i doświadczeniu słabości, w mocowaniu się z samym sobą. Lęk odsłania nieistnienie we wnętrzu człowieka, pochodzenie ex nihilo. Trwoga nicości, ziemi, pyłu, nieznaczenia rozbrzmiewa z całą mocą w człowieku, który ogranicza siebie do ziemskiego wymiaru. Pozwala on wtedy dojść do głosu temu, co jedynie ziemskie, co dąży do swej dzikiej i bezkształtnej pierwotności, chaosu. Lęk jest wydaniem temu, co amorficzne, co nie zna ani piękna, ani celu.Lęk objawia swą naturę w dramacie z raju. Narodził się on w grzechu, wobec ogołocenia z łaski, z duchowego piękna. Nagość staje się świadkiem zdradzonego człowieczeństwa. Rodzi pragnienie zasłonięcia, ukrycia. Dzieje się tak dlatego, iż Bóg grzechu nie stwarza, nie dokonuje. Nie ma on żadnego prawa do istnienia, nie można go uprawomocnić, zaakceptować.

 

Śmierć

Według współczesnych scena świata jest jedynie sceną umierania i śmierci. Nosi małe oblicza: zmęczenie, cierpienie, klęska, twarz nieprzyjaciela, zamknięte serce; i wielkie: nienawiść, bezsens, mord, utrata ciała. Śmierć rozumiana jako rozdzielenie życia (klasycznie – duszy i ciała), w optyce dramatu przypomina raczej wydarcie duszy. Lecz o wiele bardziej dramatycznie dochodzi coś innego: bezwzględny koniec własnego świata, utrata możliwości kreacji sceny dla siebie. Śmierć oznacza radykalne pozbawienie, które wywołuje ostatni krzyk, będący już tylko wrzawą rozpaczy. Na takiej tragicznej scenie śmierć jawi się jako przestrzeń odmowy imienia, wyraża absolutną nieobecność, ustanie, niezdolność kontynuacji, utrwalenia, uwięzienie w przeszłości, której nie można przywołać. Umieranie, nie śmierć, wydaje się poszukiwanym rdzeniem współczesności: publiczne, wystawione na widowisko konanie czasu, człowieka, historii. Lecz jest ono tragicznie różne od konania Chrystusa, w którym wszystko wykonało się. Tu zaś wszystko zostaje pustoszone. Najbardziej dramatyczną formą śmierci jest śmierć w grzechu, śmierć wieczna. W doczesnych zaś kontekstach, można dostrzec nieumiejętność życia.

 

Rozpacz

Kolejnym wielkim imieniem współczesności jest rozpacz. Początkiem każdej rozpaczy jest wątpienie, które najpierw pojawia się jako pokusa oczyszczenia myślenia, istnienia, świata z nawarstwień pozoru czy nieprawdy, lecz szybko staje się wątpieniem chronicznym, a nawet napastliwą metodyką, która kwestionuje konsekwentnie wszystkie punkty odniesień. Wątpienie, będąc destrukcyjnym kłamstwem, znosi wszystko, dokumentuje, że nie potrzebuje żadnego miejsca, i nikomu go nie przyznaje. Stanowi drogę totalnego unieważnienia. Lecz to nie koniec drogi. Popycha ją w istocie zafascynowanie zniszczeniem, możliwość demonicznej anty-kontemplacji własnego konania.Przestrzeń rozpaczy wyznacza umierające słowo, milczenie śmierci i odebranie czasu. Prawdziwa rozpacz dotyczy nie tyle śmierci, co niemożliwości umierania – wieczystego konania. Wypatrywanie śmierci, która nie nadchodzi, przydaje okrucieństwa konaniu. W rozpaczy religia zostaje poddana katharsis panikon, oczyszczeniu, które oczyszcza religię z Boga.U źródeł wątpienia leży poczucie zdrady. Świat staje się objawieniem zdrady. Nie daje on już żadnej odpowiedzi, jedynie słowa zatrute, jak kolejne kostki w dominie oszukiwania. Powiedziałem o tym wszystkim, ponieważ odnośnie do naszego tematu, zarówno bezdomność, pustka, trwoga, rozpacz jak i śmierć kwestionują powołanie do jedności. W jakiś sposób w każdym z przedstawionych kontekstów najbardziej narażona jest jedność i komunia z innymi. W bezdomności, w „wypędzonym” sercu, jak i w lęku wobec czasu i ludzi, a także w rozpaczy nigdy nie narodzi się potrzeba bycia z ludźmi i zjednoczenia.

 

Odpowiedź Kościoła

 

Wobec takiego zestawienia współczesnych procesów, powstaje pytanie, jaka jest odpowiedź Kościoła. Zależy ona od relacji do zła, jego rozumienia. Można od razu wskazać rozwiązanie wyrażone w konstytucji Gaudium et spes, iż Kościół pragnie trwać w samym sercu trwogi, czyli dzielić ciężar czasu i historii, nieść wspólne upokorzenie. Ta odpowiedź, by trwać w samym sercu trwogi, razem z ludem Bożym wskazuje, że wielkim błędem byłoby współczesnym stanom trwogi, pustki, rozpaczy i śmierci przypisywać tylko charakter sekularyzacyjny, nieboży, wywodzący się z serca zbuntowanego wobec Boga człowieka. Owszem, współczesność nosi tę niedolę w sobie i często wynika ona w prostej linii z uwięzionego pychą ducha. Lecz stają się w one równiej mierze udziałem wierzących.Bóg jakby daje zasmakować najtrudniejszych sytuacji świętym ludziom, osadza ich w głębi przerażających stanów zatrwożenia, bezkresnej pustki czy rozpaczy potępienia. Znamy to z kart spisanych, krótkich urywanych zdań, wyrywających się z niemocy w bezkresne noce ducha św. Teresy z Lisieux, czy św. Faustyny Kowalskiej. Pierwsza pod koniec dramatycznej młodości zapisuje słowa: On [Chrystus] pozwala, że do mojej duszy wdarły się największe ciemności… Chętnie chciałabym wyrazić, co przeżywam, ale ach!, wydaje mi się to niemożliwe. Trzeba przejść przez ten ciemny mroczny tunel, aby wiedzieć, jak on jest ciemny. Teresa nie chce ukrywać dramatu – trzeba przejść, zanurzyć się w przerażającej ciemności, w zupełnym opuszczeniu zmierzyć się ze starym szyderstwem: ciemność, posługując się głosem bezbożnych, szydzi ze mnie i woła: …ciesz się śmiercią, która nie da ci nic z tego, czego się spodziewasz, lecz przyniesie jeszcze głębszą noc, noc nicości. Okrucieństwo nicości jest bezwzględne. To samo w historii Siostry Miłosiernej – Faustyny. Pisze słowa trwożliwe: W sercu, w duszy mojej jest noc ciemna. Przed umysłem moim jest mur nieprzebity, który mi zasłonił Boga… a na innym miejscu: W jednej chwili dusza moja została jako skała: oschła, pełna udręki i niepokoju. Różne bluźnierstwa i przekleństwa cisną się do uszu moich. Nieufność i rozpacz zagościła w sercu moim. Z takich słów rozlega się przeszywający całą historię krzyk, jak ten Chrystusa: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił (Mk 15,34).Wydaje się, że również takie jest znaczenie słów Soboru Watykańskiego, by być w świecie współczesnym, potwierdzając swój udział we wszystkich wymiarach egzystencji: radości, nadziei, smutku i trwodze ludzi współczesnych, gdyż nie ma nic prawdziwie ludzkiego, co nie miałoby oddźwięku w sercu wiernych (GS 1). Kościół z całą świadomością pozostaje w samym sercu trwogi obecnej doby (GS 82). Oprócz tej wielkiej perspektywy uczestniczenia w dziejach i dramacie świata, Jan Paweł II przygotowując Kościół do wejścia w III tysiąclecie, ukazał kontemplacje, jako zasadnicze rozwiązanie. W Novo millennio ineunte, w 15 rozdziale padają słowa: Gdybyśmy… mieli wyrazić najzwięźlej samą istotę wielkiego dziedzictwa Jubileuszu, nie wahałbym się stwierdzić, że jest nią kontemplacja oblicza Chrystusa (NMI, 15). Ma to stanowić źródło nowej energii duchowej dla Kościoła. Sądzę, że dzięki temu Karmel ze swoją duchowością i typem apostolstwa staje w samym centrum nowych czasów. Jak zatem skutecznie odpowiedzieć na to wezwanie?

 

Konsekrowani ofiarujący nadzieję

 

Odzyskiwanie perspektywy zbawienia

Nadzieja wyzwala z niewoli grzechu i śmierci. Śmierci, która pochłania coraz większe przestrzenie przeciwstawione jest zdecydowane dążenie do życia. Ona bowiem w najbardziej dynamiczny sposób kieruje człowieka do tego, co w górze (Kol 3,2). Św. Augustyn w Liście 19 pisze: Ludzie, którym brak nadziei, im mniej zwracają uwagi na własne grzechy, tym skwapliwiej wyszukują je u innych. A szukają nie po to, aby zło naprawić, ale by je potępić. Ponieważ dla siebie nie znajdują usprawiedliwienia, gotowi są oskarżać drugich. Augustyn uświadamia nam nie tylko mechanizm potępienia, który działa w sercu człowieka zakłamanego, ale demaskuje źródło wszelkich skłonności do pochopnego oskarżania bliźniego. Możemy jednak poprzez nadzieję rozerwać ten żałosny i mściwy korowód potępień. Dzieje się tak dlatego, że nadzieja związana jest bezpośrednio ze zbawieniem. Owszem, jeżeli moja osobista nadzieja zbawienia jest nikła – czy to z powodu własnego grzechu czy też zdeformowanej wyobraźni religijnej – wtedy też innych pragnę pozbawić tego dobra. Można by stwierdzić, że pomiędzy skłonnością do obwiniania innych a siłą nadziei istnieje odwrotnie proporcjonalnie zależność. Im silniejsza nadzieja, tym bardziej oczywisty scenariusz zbawienia, czyli osiągnięcia ostatecznego dobra. I zatem: im bardziej powstrzymuję negatywną wizję bliźniego, im bardziej stanowczo idzie się za Chrystusowym: Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni (Łk 6,37), tym bardziej oczyszcza się przestrzeń zdrowej nadziei. To, co najbardziej pozbawia nadziei, to tworzenie jakiejś obłędnej wspólnoty potępiaczy. Gdzieś na dnie tkwi nie tylko absolutna dyskredytacja bliźniego wobec innych, ale nade wszystko wobec Boga. Potępienie tego typu jest próbą wykreślenia bliźniego ze wspólnej drogi zbawienia. A zatem, by odnowić nadzieję, należy tworzyć i wzmacniać wspólnotę zbawienia, opartej o głoszenie Dobrej nowiny, tzn. prawdy, że to dobro zwycięża, że to ono ostatecznie zwycięża w człowieku i w świecie. Widzimy odnawiającą funkcję nadziei w przestrzeni słabości i skłonności do zła.

 

Nadzieja wnosząca życie

Nadzieja jest szczególną siłą, która nie należy do tego świata, a która wydobywa życie. Wywodzi się z elementarnego otwarcia człowieka. To otwarcie znajduje swe źródło o dziwo w tajemnicy niedoskonałości. Ponieważ człowiek jest niedoskonały, a więc w jakimś sensie niedokończony, niedomknięty, z tego faktu wynika, iż może stawać się większy od siebie, może wzrastać. Tej zdolności przekraczania siebie nie ma końca. Ta otwartość, to niedopowiedzenie nie ma granic. Człowiek posiada niewyczerpany i nieogarnięty wymiar swego jestem, które zakorzenia coraz bardziej w Jestem Boga. To przedziwne, ale może on przekroczyć miarę o wiele doskonalszych duchów, aniołów, może być ich sędzią: Czyż nie wiecie, że będziemy sądzili także aniołów? (1 Kor 6,3). Tajemnicę niedoskonałości Bóg uczynił na planie zbawienia możliwością nieogarnionego sposobu życia, można by rzec nieskończenie otwartego i otwierającego się na życie. Dotyczy to zwłaszcza życia samego Boga, pragnienia zbawienia. Na tym tle możemy osadzić nadzieję, jako zaproszenie do nieskończoności Boskiego życia, do przemierzania wielkości Boga: byśmy wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość (Ef 3,18). Św. Faustyna zauważa, że po wielu, wielu tysiącach lat życia wiecznego może okazać się, że dopiero co zaczęliśmy poznawać i miłować tajemnicę nieskończonego Stworzyciela.

 

Posiadanie Boga

W swej tajemnicy nadzieja jest posiadaniem Boga. Łatwo nam zrozumieć różnicę pomiędzy widzeniem a posiadaniem. Co innego jedynie widzieć jakiś zapierający dech w piersiach samochód czy kunszt architektury, a co innego być tego właścicielem, móc dysponować, używać. Nigdy nie będziemy wiedzieć, co tak naprawdę oznacza posiadać Boga. Do tego jednak się przygotowujemy naszą chrześcijańską nadzieją. By posiadanie było pełne, nadzieja posiadania musi być doskonała, a więc całkowicie otwarta i nieskończenie pusta, by mogła przyjąć nieskończonego Boga. Dlatego św. Jan od Krzyża poucza nas o potrzebie wewnętrznego ogołocenia, a bł. Henryk Suzo o duchowej nagości. Nadzieja to czysta kategoria „mieć”, bez żadnego zacienienia – jedyny godny niebios sposób posiadania. Wielkim niebezpieczeństwem dla nadprzyrodzonej nadziei są nasze małe, karłowate, codzienne nadzieje – małe doczesne potworki, które nas rozpraszają i wprowadzają ciągłe zamieszanie. Wielką nadzieję należy oczyszczać od tych małych chwastów. W ten sposób nie dajemy się już uwodzić i oszukiwać i napełniamy sensem swe serca, które żywią się jedynie prawdą Boga. W takiej nadprzyrodzonej nadziei znajdujemy ochronę przed spustoszeniem bezsensu i wypłukaniem życia w nihilizmie, gdzie pogasły już wszystkie światła. Nadzieja nadprzyrodzona uczy prawdziwej ekonomii. Jak można być tak żałosnym błaznem i koncentrować się na kilkunastu czy kilkudziesięciu latach życia, nie interesując się, jak się będzie żyć przez całą wieczność. Proporcji nie ma żadnych: to małe, nieznaczne życie na ziemi jest niczym w porównaniu z chwałą nieba.

 

Nadzieja wyrażona w ufności

Poza tym nadzieja ufa Bogu, a nie ludziom. Juliannie z Norwich, chyba największej mistyczce angielskiej (XIV w.) Chrystus w objawieniach powiedział, gdy dręczyło ją pytanie o grzech i potępienie: Wszystko będzie dobrze, wszystkie rzeczy będą uzdrowione. Są ludzie, którzy uwielbiają zadręczać siebie i innych rozciągając spazmatyczne wizje prawdopodobnych katastrof na niebie i na ziemi. Do takich nie należy nadzieja. Nadzieja, jak zauważa Charles Peguy, rodzi się w nocy. Noc jest właściwa dla jej narodzin. Bóg stwarzając noc stworzył coś najpiękniejszego, gdyż w jej przemożnym wpływie wszystko może powrócić do Stwórcy. Powierzając się nocy, zasypiając, stworzenie jednocześnie powraca do Boga. I budzi się odnowione, odmłodzone, słowem – pełne nadziei. Jest to tajemnica każdego brzasku. Dlatego też noc jest symbolem ojcowskiego, opatrznościowego ogarnięcia, miarowego – zgodnie z cyklem dni i nocy – ponownego zbierania przez Boga, który pozwala stworzeniu odpocząć. Bóg pragnie, by człowiek odpoczął. Sam, po dziele stworzenia, odpoczął; również jego Syn, po ostatnim, przerażającym dniu na ziemi, powierzył Ojcu wszystko co straszne i przegrane. W taki właśnie sposób nadzieja powierza wszystko Bogu. Noc jaką przeżywamy – noc świata i Kościoła – może przerażać swą rozległością i pustoszeniem, może wprowadzać w wątpienie, ale czyż Bóg nie jest mocniejszy i nie jest zdolny, by nas jak Chrystusa wyprowadzić spośród umarłych (Rz 10,7)? Nadzieja jest zdolnością przywracania życia, szczególnie tego, które się tli pod ciężarem dni. To boska siła odradzania stworzenia, które Bóg wywodzi ciemności nocy, by powołać do światła chwał.Nadzieja jest jak młode ewangeliczne wino, które rozsadza stare bukłaki czasu i mentalności. Jest, jak młoda łata, której nie da się przyszyć do starego płótna, bo wyrywa jeszcze większą dziurę rozgoryczenia. Młode wino, znakomite, zachowane aż do tej pory (por. J 2,10) odmienia spojrzenie na rzeczywistość. Nowe spojrzenie jest jak dziewiczość wzmacniana młodym winem (por. Za 9,17).Nadziei należy się powierzyć i nie mieć innych „podpórek”. Jeżeli ktoś bardziej ufa sobie niż Boga wprowadza wielkie zamieszanie w przeżywanie dni i nocy, sam chce rozświetlać noc swoim światłem i budzi z powierzenia. Niepotrzebnie wzbudza nocne upiory ludzkich lęków, drżenie istnień. Nadzieja powierzenia nosi głęboki spokój, że historia należy do Boga, że historia każdego jest wyczekiwaniem nowego dnia w pełni słońca, które już nie zachodzi. Nadzieja co rano rzuca pęki świeżych kwiatów na ludzkie drogi.

 

Nadzieja – źródłem męstwa pośród ucisku

Jest jeszcze jeden wymiar nadziei, może najbardziej potrzebny. Jest męstwem bycia pośród trudności, ucisku. Już św. Jan Apostoł świadom trudu, pisał do swoich: wasz brat i współuczestnik w ucisku i królestwie (Ap 1,9). Niezwykła jest wzajemność ucisku i królestwa. Ucisk ma pewne zadanie: objawia nam naszą słabość, niemoc. Św. Paweł wie o pewnej tajemnicy: ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny (2 Kor 12,10). Dlatego własna słabość go nie obezwładnia, ale wydobywa duchowy wymiar mocy: w słabości się moc doskonali. Ucisk jest potrzebny dla odnowy nadziei, właśnie dlatego gdyż człowiek nie spodziewa się już znikąd poza Bogiem, ratunku. Pełen nadziei dojrzewa, odnawia ducha. Weselcie się nadzieją. W ucisku bądźcie cierpliwi (Rz 12,12), zachęca Apostoł Narodów. A czy nasza nadzieja jest źródłem chrześcijańskiej radości czy też smutku?Ucisk kształtuje, radykalnie oczyszcza nasze czekanie. Siła doświadczanego „jeszcze nie” nie wrzuca w beznadzieję wewnętrznego upadania, ale hartuje ducha odważnego. Nadzieja, ta najstarsza miłośniczka życia otwiera przed nami drzwi niebios. Gdy człowiek czegoś oczekuje, a zwłaszcza, gdy miłuje, to samo oczekiwanie może mu nadać życiu sens. Ponieważ chrześcijaństwo jest religią obietnicy, oczekiwanie jest najbardziej upragnioną postawą, otwarciem u podstaw religijnych zachowań. To obietnica kształtuje naszą wyobraźnię religijną. Mieć nadzieję znaczy też ostatecznie mieć tak plastyczną wyobraźnię, by rozwiązać problem przyszłości. Jedynie Chrystus przychodzący po nocach ciemnych, o brzasku poranka nowego świata zapala jedyne światło, nadzieję ostatecznego spełnienia.

 

Solidarność z grzesznikami względem wspólnej nadziei

Przywołane powyżej dwie młode kobiety nie tylko dzielą los człowieka, ale solidaryzują się z nim duchowo. Obrazują to znakomicie w swych pismach. Teresa z Lisieux zasiada za stołem grzeszników, by jeść gorzki chleb niewiary: Twoje dziecko o Panie… prosi Cię o przebaczenie dla swoich braci. Gotowe jest spożywać chleb cierpienia, jak długo tego sobie życzysz i nie chce wstawać od stołu… Solidarność nie ogranicza się jedynie do wspólnoty stołu, jest wspólnotą istnienia, wspólnotą grzesznego losu: Czy nie może więc także w swoim imieniu, mówić w imieniu swych braci: Zmiłuj się nad nami Panie, bo jesteśmy biednymi grzesznikami? Solidarność przemienia się w akord historii zbawienia, a zatem wzięcia grzechu na siebie. Teresa kontynuuje: O Jezu, jeśli jest koniecznym, by splamiony przez nich stół został oczyszczony przez jakąś kochającą Cię duszę, to chcę chętnie jeść samotnie chleb doświadczenia, aż Ci się spodoba wprowadzić mnie w Twoje jaśniejące królestwo. Nie jest drogą Bożą kreowanie oskarżeń, wskazywanie „na”, obwinianie, zrzucanie ciężaru krzyża. Szczególnie na polskiej ziemi winniśmy uczynić krok w stronę solidarności ducha zbawiającego. Jak to zrobiła Faustyna: Oto jest stan biednych, który przyjęłam na siebie. O ile Teresa z Lisieux mówi o stole goryczy, Faustyna chętniej używa wyrażenia kielich goryczy, kielich przeznaczeń: Pragnę wysączyć kielich przeznaczeń aż do ostatniej kropelki, nie chcę badać ich przeznaczenia, w goryczy radość moja, w beznadziejności ufność moja.Przyjąć na siebie grzech to znaczy być niewinnie oskarżony i srogo ukarany. Ale człowiek odnajduje rację, by ogarnąć i wziąć na siebie istniejące zło, rację jeszcze większej miłości, która wypływa z boku Chrystusa. Ogarnia je nie po to, by je gromadzić i roztrząsać, ale by utopić w głębi historii zbawienia, ginąc, oddając życie, oddając siebie za ten świat. Słowa zło dobrem zwyciężaj (Rz 12,21) nabierają tu najwyższej rangi.Człowiek eklezjalny, zanurzony głęboko w prawdę Kościoła, szukający rozwiązań Chrystusowych przejmuje się i cierpi, ale nie ma to nic wspólnego z siermiężną „ewangelizacją” wypatrywania i przeganiania niewiernych. Odbywa się to na zasadzie cichej ofiary, zanurzonej w trudnej, dokuczliwej codzienności. Opiera się to o ufność. Teresa i Faustyna są pod pewnymi względami całkowicie zgodne. U Faustyny znajdujemy słowa: Cała nicość moja tonie w morzu miłosierdzia Twego; z ufnością dziecka rzucam się w objęcia Twoje, Ojcze miłosierdzia, by Ci wynagrodzić za niedowierzanie tyle dusz, które lękają się Tobie zaufać. O, jak mała liczba dusz prawdziwie Cię zna.Powyższe słowa mogą być zrozumiałe jedynie wtedy, gdy dotrzemy do korzeni chrześcijańskich postaw. Z kart Ewangelii znamy trwogę Chrystusa z Ogrójca, czy rozpacz opuszczenia na krzyżu. On ma swoje tłumaczenie śmierci. W śmierci Chrystusa, nie zostało nic utracone, ale wszystko wykonało się, spełniło, nabrało nowego znaczenia. Nie znajdujemy tu pustki, ale bramę życia. Śmierć w Chrystusie uzyskuje nowy, nieznany dotąd wymiar. Śmierć już nie jest odejściem, ale przyjściem, nie jest rozpadem, ale miejscem odzyskiwania ludzkości. Z miłości Bóg bierze na siebie całe ludzkie zło, cały grzech człowieka, przerażający ciężar historii i ponosi za to odpowiedzialność, karę, bo za grzech płaci się życiem. W miłości Chrystus nie skupia się na sobie, ale całkowicie na biedzie ludzkiej. Chrystus tego samego wymaga od Faustyny:Miłość czysta daje duszy moc w samym konaniu. Kiedy konałem na krzyżu, nie myślałem o Sobie, ale o biednych grzesznikach i modliłem się do Ojca za nimi. Chcę, ażeby i ostatnie chwile twoje były zupełnie podobne do Mnie na krzyżu. Jedna jest cena, za którą się kupuje dusze – a tą jest cierpienie złączone z cierpieniem Moim na krzyżu. Miłość czysta rozumie te słowa, miłość cielesna, nie pojmie ich nigdy. Naśladując Chrystusa przechodzimy również przez te trudne etapy Paschy. Bóg chce, abyśmy mieli w nich udział. Faustyna usłyszała głos: Nie ustawaj za grzesznikami. Ty wiesz, jak Mi bardzo na Sercu ciążą dusze ich, ulżyj śmiertelnemu smutkowi Mojemu, szafuj miło­sierdziem Moim. Szafowanie boskim dobrem przynosi ulgę Zbawcy. Stoi za tym Jego hojność: dam ci cząstkę męki Mojej, ale nie lękaj, ale bądź mężną, nie szukaj ulgi, ale przyjmuj wszystko z poddaniem się woli Mojej. To ostatnia tonacja, ostatni akord, czysta motywacja, zrozumiała jedynie dla tych, którzy idą Bożą drogą. Wielki krzyk natury, która pragnie łatwych zaspokojeń zostaje przezwyciężony z miłości do człowieka, by pozwolić mu dalej żyć, ponad szablonami odstępnych miar. Teresa kwituje to krótko, jak krótkie było jej proste życie: oddałam się Jezu­sowi, by Mu sprawiać przy­jem­ność i pocieszać Go. Jest to jedno z najszlachetniejszych zajęć: mnożyć Bogu radość. Konsekrowani zatem, trwając głęboko w realiach, w trudzie i wszystkich współczesnych biedach człowieka, mają za zadanie mnożyć miłosierdzie.

O. Marian Zawada OCD