Warunki duchowe wzmacniające medytację

Warunki duchowe wzmacniające medytację

W Drodze doskonałości padają słowa, które określają niezbędne warunki tworzące środowisko medytacji: „Pierwszą z tych trzech rzeczy jest: miłość między nami; drugą: zupełne oderwanie się od wszystkich rzeczy stworzonych; trzecią: prawdziwa pokora, która, choć ją wymieniam na końcu, jest przecie główną i inne w sobie zamyka” (D 4, 4).

1. Miłość bliźniego

W medytacji terezjańskiej niezwykle mocno splata się miłość Boga i człowieka. Można by rzec, że umiejętność przebywania i obcowania z Bogiem wiąże się lub wypływa z umiejętności bycia z ludźmi. Znaczy to, że można wejść w twórczy dialog z Bogiem, bez dialogu z ludźmi. Otworzyć się dialogu, współżyć pogodnie z ludźmi, żyć w relacjach prowadzi jednocześnie do „drożności” modlitwy. Z tego wynika, że bez uporządkowania relacji z ludźmi możemy natrafiać na trudności w modlitwie.

Św. Teresa z Awili przekonuje: „Bóg żąda uczynków! Gdy widzisz siostrę chorą, której możesz przynieść ulgę, nie wahaj się ani na chwilę poświęcić dla niej nabożeństwo twoje; okaż jej współczucie; co ją boli, niech ciebie boli i jeśli dla posilenia jej potrzeba, byś sama sobie odmówiła pożywienia, ochotnym sercem to uczyń, nie tyle dla niej samej, ile raczej dla miłości Pana, który wiesz, że tego pragnie. To jest prawdziwe zjednoczenie, bo tu wola nasza jedno jest z wolą Jego” (T V 3, 11).

Po przytoczeniu tych słów można stwierdzić, że ta miłość bliźniego jest koniecznym warunkiem nie tylko modlitwy, ale zjednoczenia z Bogiem. Modlitwa czerpie siłę z miłości bliźniego.

Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że człowiek idzie drogą miłości naturalnej, w której sam staje się swoistym „centrum” i zabiega o względy drugiego. Teresa pisze: „Skutkiem takiej wyłącznej przyjaźni już jedna drugiej nie kocha na równi, gniewa się i smuci, gdy ukochaną jaka krzywda spotka, pragnie coś posiadać, czym by mogła obdarzyć tamtą, traci czas na rozmowie z nią, nie tyle o miłości Bożej, ile raczej o tym, jak ją sama kocha i o innych głupstwach. Rzadko czułe te przyjaźnie zawiązują się w celu wzajemnego pobudzania się do gorliwszej służby Bożej, ale na to raczej szatan do nich ciągnie, aby przez nie wzniecał stronnictwa w klasztorze. Gdzie bowiem jest miłość prawdziwa, dążąca do miłości Bożej, tam wola nie powoduje się żadną namiętnością, ale raczej jedna drugiej stara się być pomocą ku pokonaniu wszelkich namiętności” (D 4, 6).

 

W Księdze fundacji Teresa wyjaśnia: „Jaką drogą, pytacie, nabywa się tej miłości? - Droga do miłości jest ta, gdy dusza ma mocną i stanowczą wolę dla miłości Boga pracować i cierpieć, a skoro nadarzy się sposobność, to postanowienie swoje czynem wypełnia. Prawda, że do tego postanowienia przychodzi dusza przez rozmyślanie o tym, co jesteśmy winne Bogu, i kto On, a kto my. Takie rozmyślanie wielką ma zasługę, a dla początkujących bardzo jest odpowiednie. Ale to się ma rozumieć o tyle, o ile rozmyślaniu nie staje w drodze obowiązek posłuszeństwa albo pożytek drugich, to jest obowiązek miłości bliźniego. W takim razie bowiem, gdy się nastręcza który z tych dwu obowiązków, potrzeba go spełnić bez odkładania, opuszczając to, co najgoręcej pragnęłybyśmy, jak nam się zdaje, poświęcić Bogu, to jest te najpożądańsze chwile samotnego o Nim rozmyślania…” (F 5, 3)

Zatem staje się czymś oczywistym, że wszelkie deformacji w dziedzinie miłości bliźniego stają się źródłem deformacji modlitwy. Bez przyjaznego traktowania ludzi i bez wysiłku trwania z nimi w prawdzie nasza modlitwa staje się formą egoizmu, chronienia siebie, ucieczką przed wymogiem miłowania.

Nauka miłości Boga i człowieka nie jest łatwa, ale Teresa określa trzy znaki: „Otóż wiedzmy, że nie ta dusza więcej miłuje, która większych doznaje smaków i słodkości, ale ta, która mocniejsze ma postanowienie i usilniejsze pragnienie we wszystkim podobać się Bogu i pilniej się stara o to, by w niczym Go nie obrazić i goręcej Go błaga o coraz dalsze rozszerzenie czci i chwały Syna Jego, i coraz wyższy wzrost świętego Kościoła katolickiego. Te są znaki prawdziwej miłości, tylko nie sądźcie, że tu już nie możemy o niczym innym myśleć i że skoro myśl na chwilę od nich się odwróci, wszystko już jest stracone” (T IV 1, 7).

2.  Umiłowanie prawdy

Medytacja dokonuje się w prawdzie, zarówno o Bogu, jak i o człowieku. Medytacja jest w istocie wejściem w te prawdy (por. D 22, 8). Medytacja jest bramą, by wejść głębiej w tę prawdę, zarówno o sobie samym, jak i o rzeczywistościach Boskich. Można by rzec, że ona sytuuje nas w prawdzie. Teresa od Jezusa była od początku wierna modlitwie, podczas której jako ze źródła spływa na duszę światło od Boga ku poznaniu prawdy (F 10, 13).

Dla niej Bóg jest samą prawdą (Ż 40, 3) i do prawdy prowadzi. W sensie praktycznym prawda przyjmuje postać pokory.

Św. Teresa pogłębia jej rozumienie w słowach: „stanęła mi przed oczyma ta racja, że Bóg jest Prawdą najwyższą, a pokora niczym innym nie jest, jeno chodzeniem w prawdzie” (T VI, 10,7).

Wielką intuicją Teresy względem pokory jest określenie jej jako fundamentu całego życia duchowego, oraz stałej modlitwy: „Cała ta budowla duchowa oparta jest na pokorze. Im bliżej dusza przystąpi do Boga, tym więcej ta cnota pokory rosnąć w niej powinna, w przeciwnym razie całe budowanie rozsypie się w gruzy. Chcieć zaś o własnej sile wznosić się wyżej, jest to rodzaj pychy. Tym bardziej, że Bóg i tak już dosyć nas i nad miarę wywyższa, dopuszczając byśmy przystępowali do Niego tacy jacy jesteśmy” (Ż 12,4). Co więcej: „zrozumiałam i to wiem, że cała ta budowa modlitwy wewnętrznej wspiera się na pokorze i że im głębiej dusza uniży się na modlitwie, tym wyżej Bóg ją podnosi” (Ż 22,11).

W Twierdzy wewnętrznej znajdujemy ważne słowa: „Zastanawiałam się któregoś dnia nad pytaniem, dlaczego Pan tak bardzo kocha cnotę pokory, i nagle – bez własnego, jak mnie się zdaje, namysłu mego – stanęła mi przed oczyma ta racja, że Bóg jest Prawdą najwyższą, a pokora niczym innym nie jest, jeno chodzeniem w prawdzie. Nie ma zaś prawdy większej nad tę, że sami z siebie nic nie mamy dobrego, że nasza jest tylko nędza i nicość. Kto tego nie rozumie, ten chodzi w kłamstwie. Im zaś kto szczerzej uznaje tę prawdę, tym przyjemniejszy staje się Prawdzie najwyższej, bo sam chodzi w prawdzie” (T VI 10, 7).

W pokorze, w wewnętrznej prawdzie, z jednej strony mamy odniesienie do Boga, do innych i nas samych, z drugiej – ogołocenie z masek i fałszywych zachowań. Jednocześnie pozwala ona dostrzec, jakie wartości są z Boga, a które takimi nie są, przyjmując granice własnych ograniczeń. W ten sposób św. Teresa uświadamia nam pokorę jako drogę do pełnej autentyczności duchowej. Pokora byłaby zatem znajomością tajemnicy Boga i tajemnicy człowieka.

Teresa  czyni z niej lekarstwo na wszystkie zranienia. W Twierdzy wewnętrznej pisze: pokora to lekarstwo na wszelkie rany nasze (T III 2,6). W oryginale mamy ungüento – balsam, maść. Pokora jest jak namaszczenie Ducha Świętego.

Pokora wiąże się również z tradycyjnym pustynnym penthos – skruchą. Teresa każdą modlitwe rozpoczyna tym aktem: Pan czeka chwili, aż się wyniszczę przed obliczem Jego (Ż 38,17). Teresa wyniszczała się świadmością własnej nędzy, obmywała łzami, oraz krwią Chrystusa. Ta ostatnia stanowi bardzo głęboką świadomość nie tylko Zbawiciela, ale i nadprzyrodzonej skuteczności Jego dzieł.

3. Oderwanie od wszystkiego czyli duchowa wolność

Pomiędzy duchową wolnością a formatem modlitwy istnieje ścisły związek. Jeżeli człowiek jest zniewolony materialnymi sprawami, jest uwikłany tylko w doczesną troskę nie może swobodnie rozwijać kontaktu w rzeczywistości nadprzyrodzonej. Dlatego św. Teresa pisze: “Chcielibyśmy od razu, jak to mówią, pełnymi rękami czerpać [z modlitwy], a równocześnie zachowywać w sercu ziemskie przywiązania, nie usiłując doprowadzić do skutku naszych dobrych chęci i podnosić wyżej nasze pragnienia” (Ż 11, 3).

Osiąść w czystym pragnieniu oznacza bardzo konkretną postawę, przedstawioną w Drodze doskonałości: „Wszystko tylko na tym zależy, byśmy oddali się Jemu [Chrystusowi] bez podziału i nieodwołalnie i w niczym nie krępowali działania Jego w nas, tak iżby mógł rządzić i rozporządzać jak rzeczą swoją. Ten jest warunek Jego ze wszech miar słuszny, więc Mu nie odmawiajmy” (D 28, 12).

Najważniejsza jest wolność od samego siebie, oderwanie od złej miłości: „Przy bliższym zastanowieniu się nad sobą nietrudno spostrzec, że gdy pragniemy, aby nas kochano, zawsze w tym szukamy jakiegoś interesu własnego, pożytku czy przyjemności. Lecz dusze doskonałe, o których mówiłam, podeptały już wszelkie dobra i wszelkie pociechy, jakimi by je ktoś na świecie mógł obdarzyć. I takie jest ich usposobienie wewnętrzne, że chociażby chciały jeszcze pragnąć tych rzeczy, nie mogłyby, bo innej już pociechy doznać nie zdołają, jeno w Bogu albo w sprawach Bożych. Jakiż więc pożytek mogą mieć z pragnienia miłości?

(D 6, 6-7)

W Drodze doskonałości czytamy o wierności samej modlitwie: „O to tylko was proszę: gdy rozmawiacie z Bogiem, nie myślcie o rzeczach obcych; kto tak czyni, ten nie wie, co to jest modlitwa myślna” (D 22, 8).

 

4. Niezachwiane postanowienie

W modlitwie medytacyjnej ważną rolę gra determinacja. Hiszpańskie określenie deteminada determinación wyraża wytrwałość, święty upór, zdecydowanie nieugięte i cierpliwe, by osiągać duchowe cele. Jest to klarowana stanowczość, konsekwencja i bezkompromisowość, a nawet swego rodzaju nieugiętość. Wpisuje się tu z całym rozmachem cnota i dar męstwa – rozmach dzielnej eklezjalnej obecności. Składa się na to znoszenie wszelkiego rodzaju niedogodności zewnętrznych i wewnętrznych, czy nawet w całej rozciągłości ewangelicznego ucisku, oraz pilność w przykładaniu się do duchowych dzieł (por. T II 1,8). Nie chodzi jedynie o to, by nie ustać w drodze, ale ciągle odnajdywać nową dynamikę życia. Człowiek taki jak Teresa żyje cały czas w kontekście prowokacji ze strony Boga: niejako zmaga się o Niego, o Jego chwałę.

To postanowienie dotyczy dwóch rzeczy: samej modlitwy, oraz koniecznego do niej skupienia. O modlących się Mistrzyni z Awili mówi: „Wracając tedy do tych, którzy pragną pić z tej wody żywej i iść drogą do niej wiodącą, aż dojdą do samego źródła, nasuwa się pytanie: od czego oni mają zacząć? Sądzę, że wszystko na tym polega, by przystąpili do rzeczy z niezachwianym postanowieniem, iż nie spoczną, póki nie staną u celu. Niech przyjdzie co chce, niech boli jak chce, niech szemrze kto chce, niech własna nieudolność stęka i mówi: nie dojdziesz, umrzesz w drodze, nie wytrzymasz tego wszystkiego, niech i cały świat się zwali z groźbami. Niech woła i krzyczy, jak to bywa: “niebezpieczna to droga”, “tylu na niej zginęło”, “tylu się zawiodło”, “inni, choć ciągle się modlili, upadli”, “taka pobożność zniesławia tylko cnotę”, “to nie pobożność, to egzaltacja”, “niewiasta niech pilnuje kądzieli”, ,,wszystkie te wytworności duchowe na nic jej niepotrzebne”, “niech mówi Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, tego będzie dosyć” (D 21, 2).

Postawą właściwą medytacji jest odwaga i nie zniechęcanie się przy byle problemach. Chodzi o święty upór, zmaganie, a nawet walkę w zakresie wierności modlitwie, bo nasz nieprzyjaciel – Niegodziwiec, za wszelką cenę chce nas tego dobra pozbawić.

Druga sprawa do wywalczenia to łaska spokojnego bycia u siebie, czyli skupienie. Teresa tłumaczy: „Choćby więc nieraz zdarzyło się wam upaść, nie traćcie odwagi do dążenia naprzód, bo i te upadki wasze obróci Bóg na pożytek duszy, podobnie jak aptekarz, zalecający swój antydot, sam pierwej, na dowód skuteczności jego, kosztuje trucizny. Choćbyśmy skądinąd nie znali nędzy naszej i szkód, jakie przynosi rozproszenie, to sama już walka, jaką staczać z sobą musimy dla skupienia się wewnętrznie, dostatecznym byłaby tej nędzy naszej dowodem. Cóż może być nieszczęśliwszego nad to, gdy człowiek staje się wygnańcem z własnej duszy swojej? Gdzie możemy jeszcze spodziewać się pokoju, jeśli go w domu własnym znaleźć nie możemy? Same nawet władze duszy, te najbliższe i najprawdziwsze przyjaciółki, z którymi, choćbyśmy i nie chcieli, żyć musimy, wojnę nam wydają, jakby mszcząc się za to, co od grzechów i złych nałogów naszych ucierpiały. Pokój, pokój, siostry moje! Słowo to Pana naszego, którym tyle razy pozdrawiał Apostołów swoich. Ale wierzcie mi, że jeśli pokoju tego nie mamy i nie staramy się posiąść go w domu własnym, daremnie szukalibyśmy go poza domem” (T II 9)

o. M. Zawada OCD

Ukrzyżowany spogląda na nas i pyta, czy wciąż jeszcze chcemy dotrzymać tego co przyrzekliśmy Mu w godzinę łaski. Z pewnością ma powód, żeby tak pytać. Krzyż jest dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, znakiem, któremu się sprzeciwia. (E. Stein)