Bóg u Edyty

Bóg Edyty Stein

Niełatwo jest wkraczać na teren doświadczania Boga przez drugą osobę. Jedynie z wielkim uszanowaniem dla tajemnicy można dojść do odczucia i dostrzeżenia czegoś z tej rzeczywistości, która stanowi część najbardziej wewnętrznego misterium osoby. Próba dokonania tego w stosunku do Edyty Stein z różnych względów staje się jeszcze trudniejsza.

Pomimo wszystko, z odwagą i pragnieniem, by pomogła nam w naszym własnym doświadczeniu, spróbujemy ukazać te aspekty, które złożyły się na jej postawę wobec Boga.

Doświadczenie negatywne

Mamy w tym wypadku na myśli doświadczenie, przez jakie przeszła Edyta Stein w okresie dojrzewania, odrzucając praktykowanie swojej religii i wiary w Boga. Stąd, żeby zrozumieć jej wybór, musielibyśmy wczuć się w kontekst jej życia, przede wszystkim w kontekst wewnętrzny. Razem z postanowieniem opuszczenia szkoły w okresie dojrzewania pojawia się głęboki kryzys egzystencjalny umysłu i dlatego postanawia zerwać z tym wszystkim, co „nie daje odpowiedzi”. To samo wydaje się dotyczyć również religii. Bóg jej dzieciństwa nie odpowiada na oczekiwania, jakie żywi Edyta. Ona musi znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie zaczynają się pojawiać: sens istnienia jej samej oraz istnienia bytu ludzkiego w ogóle, jej miejsca w świecie, sytuacji kobiety… „Istniejemy na świecie, żeby służyć ludzkości” – to właśnie staje się motorem, który od tego momentu popycha ją naprzód na jej drodze, jednakże bez liczenia się z Bogiem.

Doświadczenie pozytywne: „Bóg jest prawdą”

Jednakże poszukiwanie we właściwym znaczeniu zaczyna się z chwilą wstąpienia na uniwersytet w 1911 roku i staje się coraz bardziej świadome i naglące w jej życiu, poczynając od 1913 roku, kiedy to zmienia uczelnię i wchodzi w orbitę Kręgu Fenomenologicznego. Wspinanie się ku prawdzie wkracza na trudną drogę w jej pozytywnym doświadczaniu Boga, co o wiele wcześniej zażąda od niej postawy otwarcia się na wszystkich poziomach: intelektualnym, psychologicznym, uczuciowym, humanitarno-solidarnościowym i duchowym.

Wszystkie te elementy, wśród których wzrasta i dojrzewa młoda filozofka, stopniowo zapowiadają ziemię, z której wyrośnie i dojrzeje „spotkanie” z Bogiem. Jej zdolność otwarcia się bez uprzedzeń na kogoś innego, jej styl obserwatorki oraz zdolność empatii zamieniają „okazjonalne” i „opatrznościowe” wydarzenia na ukierunkowanie jej poszukiwania prawdy: katedra we Frankfurcie, gdzie uderza ją postawa pewnej kobiety, która wchodzi, by spędzić chwilę na modlitwie; kościół w Heidelbergu, w którym uderza ją widok muru, żeby można było podzielić kościół na część katolicką i protestancką, a także postawa Anny Reinach w obliczu śmierci męża – postawa pełna nadziei, oparta na wierze chrześcijańskiej, która daje jej pewność, że śmierć nie jest punktem ostatecznym.

Wszystkie trzy „wydarzenia” malują Edycie Oblicze Boga zupełnie różne od tego, które odrzuciła w młodości. W jednym z listów do Romana Ingardena napisała: „Nie wiem, czy z moich wcześniejszych wypowiedzi mógł pan wywnioskować, że pomału doszłam do chrześcijaństwa, pojmowanego ze wszech miar pozytywnie. Oswobodziło mnie to od życia, pod którym się ugięłam, a zarazem dało mi siłę, by życie przyjąć na nowo i z wdzięcznością. Mogę mówić o „odrodzeniu się” w najgłębszym znaczeniu tego słowa. Jednak to nowe życie tak ściśle wiąże się z przeżyciami ostatniego roku, że w żaden sposób nigdy nie uwolnię się od niego; będzie ono dla mnie zawsze najżywszą teraźniejszością”.

Wynik tego poszukiwania znajduje swój szczyt w doświadczalnym spotkaniu z Bogiem i chociaż cała reszta pozostaje „tajemnicą”, może rada, jaką daje F. Kaufmannowi, jest echem tego, co poprzedziło jej doświadczenie: „Argumentacja nie zda się na nic. Tylko ten może panu pomóc, kto od niej zdoła pana uwolnić. Coś doradzić? Już panu poradziłam: stać się dzieckiem, a życie razem ze wszystkimi poszukiwaniami i filozofowaniem złożyć w ręce Ojca. A jeśli się pan na to jeszcze nie może zdobyć, trzeba prosić, wciąż prosić nieznanego, poddawanego w wątpliwość Boga, by dopomógł. Teraz pan na pewno popatrzy na mnie zdumiony, że śmiem zalecać panu taką prostą dziecięcą mądrość. To jest mądrość dlatego, że jest prosta i w niej ukryte są wszystkie tajemnice. Jest to też droga, która bezpiecznie prowadzi do celu”.

Oblicze Boże, które zachwyca Edytę

Gdybyśmy chcieli ten temat rozwinąć w całym jego bogactwie i pełni, przekroczyłoby to niepomiernie nasz zamiar. Dlatego ograniczymy się tylko do przedstawienia najbardziej charakterystycznych rysów „doświadczenia” św. Teresy Benedykty.

Jej przeżywanie Boga ogranicza się głównie do ewangelicznego pojęcia Boga jako Miłości. Dla Edyty ta wizja i doświadczenie Boga-Miłości jest czymś podstawowym. Jemu poświęca całe swoje życie, swoje siły i śmierć, albowiem jest świadoma, że Bóg szuka nie tyle ofiary, ile przede wszystkim miłości. W liście do Anneliese Lichtenberger pisze: „Król, który mnie wybrał, jest nieskończenie wielki i miłosierny”. Miłość, która jest miłosierdziem i dobrocią, objawia się nawet w ubóstwie i osobowej słabości: „Z Jego Opatrzności może również odnosić korzyść z naszych upadków…”.

Jedynie wychodząc z wewnętrznego doświadczenia tej miłości, można stawać się uczestnikiem pozostałych tego rodzaju darów. „Czyn służebny jest skutkiem miłości”*. Dlatego dla Edyty doświadczenie Boże, które nie ujawnia się w życiu, w służbie i w świadectwie, nie jest autentycznym doświadczeniem Boga-Miłości. Kiedy Edyta mówi o miłości Bożej, nie czyni tego w sposób czysto teoretyczny, ale pozwala, by mówiło serce, i sama naprowadza niejako pytającego: „Jak ma dojść do miłości Boga, którego nie widzi, jeżeli nie został przedtem przez Niego umiłowany?” Odpowiedź daje nam ona sama: „Żeby Mu się oddać, miłując Go, musimy nauczyć się Go poznawać jako miłującego…”*.

Od doświadczenia miłości Boga Edyta Stein przechodzi do doświadczenia Trójcy Przenajświętszej. Ze świętym Augustynem będzie twierdzić, że „miłość stanowi dla nas drogę, która prowadzi do poznania Trójcy Świętej”*. Jeżeli miłość stanowi istotę Boga, to ta sama miłość jest równocześnie refleksem Jego trynitarnego bytu, Jego istnienia jako komunii, która dokonuje się w tym, kto naprawdę otwiera się na doświadczenie Boga: „Życie Boże, które rozwija się w duszy miłującej Boga, nie może być różne od trynitarnego życia Bóstwa”*.

Edyta Stein żyła głęboko zjednoczona z Bogiem i we wszystkim starała się dostosować do woli Bożej. Jest to pragnienie, które rodzi się z całkowitej ufności pokładanej w Bogu, którego rozpoznaje jako Zbawcę, i dlatego będzie się starać bez zastrzeżeń oddawać w Jego ręce, zdawać się na Niego: „Bóg wie, jakie ma plany wobec mnie. Dlatego ja nie muszę się tym niepokoić” – pisze w liście z 28 kwietnia 1931 r. Jest to postawa w pełni ewangeliczna.

Jest ona owocem doświadczenia Boga, który staje się darem miłości dla człowieka i może być przyjęty w miarę, jak ktoś oddaje Mu się w sposób wolny. Jest to odpowiedź pełna zawierzenia miłości Bożej. Dlatego jest ona zdolna odkryć w chwilach ciężkich i trudnych pozytywną głębię. Czy przypadkiem nie stąd pochodzi jedno z radosnych orędzi tajemnicy Krzyża? Jest to postawa, która powstaje ze świadomości, że jesteśmy podtrzymywani przez Boga: „Wiem, że ktoś mnie podtrzymuje i dlatego jestem spokojna i czuję się bezpieczna. Nie jest to pewne siebie poczucie bezpieczeństwa mężczyzny, który o własnych siłach stoi na pewnym gruncie, ale słodkie i szczęśliwe poczucie bezpieczeństwa dziecka, niesionego na mocnym ramieniu. Rzeczowo biorąc, takie poczucie bezpieczeństwa jest nie mniej rozsądne. Czyż rozsądnym byłoby dziecko, żyjące w ustawicznej trwodze, że matka może je upuścić”.

Św. Edyta uczy nas zawierzenia Bogu Ojcu, który nigdy nie zostawia nas samych.

o. Francisco Javier Sancho Fermín OCD

tł. o. Jan Efrem Bielecki OCD

(artykuł ukazał się w Głosie Karmelu)

Ukrzyżowany spogląda na nas i pyta, czy wciąż jeszcze chcemy dotrzymać tego co przyrzekliśmy Mu w godzinę łaski. Z pewnością ma powód, żeby tak pytać. Krzyż jest dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, znakiem, któremu się sprzeciwia. (E. Stein)